Ostatni zajazd na Litwie


Ostatni zajazd na Litwie czyli wspomnienie naszej pielgrzymki odbytej w dniach 27.04. – 01. 05. 2013

Lit149Wyruszamy dość wcześnie, ok. godz. 600  i  jak zwykle  rozpoczynamy  modlitwą.  Skład osobowy to już prawie tradycja. Widać, że wytworzyła się nam zdeterminowana grupa globtroterów z Księdzem Proboszczem na czele.
Tymczasem  kierujemy  się  na  drogę  E67, która  jest  częścią  międzynarodowej  drogi  ekspresowej – via baltica – z Warszawy do Tallina.
Po drodze  mijamy  ważne  historycznie miejsca. To tu, w Górach Świętokrzyskich,   generał  Marian Langiewicz, dyktator Powstania Styczniowego,  koncentrował  wojska powstańcze. Tu,  pod  Kockiem, padł  ostatni  wystrzał  Kampanii Wrześniowej. Pozbawiona  amunicji   Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga,  walcząca  na dwa  fronty  z Niemcami  i  Sowietami,  nie  zdołała  przedrzeć  się  na  terytorium Węgier,  broniąc  się  do ostatniego  naboju. Tu  wreszcie,  w Puszczy  Augustowskiej,    Zygmunt  August    polował  niegdyś  w  swych  królewskich  dobrach. Później  jednak,   kto  inny był  zwierzyną  łowną, kto inny  myśliwym. To  właśnie  tutaj  smutno  kończą  się  losy   wołyńskiego  okręgu  AK.  Tu  również  miała  miejsce  obława  augustowska,  nazywana czasem  „małym  Katyniem”.
Porzucamy  jednak  te  przykre  wspomnienia,  bo  dojeżdżamy  do  pierwszego  punktu  na trasie  naszej  podróży – przed  nami  miejsce  szczególne –  sanktuarium  prawosławia  polskiego – Święta  Góra  Grabarka.
Mijamy  zadaszoną  studzienkę z  wodą,  której  wierni  przypisują  moc  uzdrawiania. Niektórzy  zabierają  ze  sobą  odrobinę  tej  wody, której sława przyciągała  tutaj  rzesze pielgrzymów od  pokoleń. O ich  liczbie świadczą  wypłowiałe  na  słońcu  i deszczu  krzyże  prawosławne i  łacińskie zgodnie  wyrastające  obok  siebie.
Wchodzimy do  przepięknej  cerkwi,  by  posłuchać  wykładu naszego  przewodnika  i  pilota w jednej  osobie, Pana  Bogusława Grzybowskiego. Z  dużym  zaangażowaniem  opowiada nam  on  o  istocie  ikonopisarstwa i o źródle  ogromnego  kultu świętych  wizerunków.
Nie  możemy  tu  dłużej  pozostać, przed  nami  jeszcze  wiele  kilometrów  dróg  do przebycia. Docieramy do  kolejnego  sanktuarium,  w  miejscowości  Studziennicza  nad  Jeziorem  Białym  Augustowskim. Mieści  się  tam  mała  kapliczka  z obrazem  Matki  Boskiej słynącym  licznymi  łaskami. To  tu  zostajemy  na  mszę  św.   Białego,  zawitał  nawet  kiedyś  bł. Jan Paweł  II. Podziwiamy  krótko  okolicę i powracamy do  autokaru  prowadzonego  wprawną  ręką  Pana  Owidiusza.
Czym  bliżej  do granicy  z  Litwą ( po litewsku Lithuania ) , tym  zimniej.    Gdy  późnym  wieczorem  podjeżdżamy  do  Dworu  Mejera  w Hołmach,  miejsca  naszego  noclegu,  wieje  porywisty  wiatr  i  jest  naprawdę  chłodno. Lokujemy  się  w naszych  pokojach  i  udajemy się  na  posiłek do  oddalonego  o  ok.  100 m  zajazdu  o  wdzięcznej  nazwie  „ Morena”. Tu  próbujemy  specjałów  kuchni  litewskiej  :  kartaczy (cepelinów), kibinów, soczewiaków.
Drugiego  dnia  wstajemy  dość  wcześnie i  po  obfitym  śniadaniu  udajemy  się  „ na  Kowno”,  będące  nie  tylko  stolicą  zastępczą  Litwy  na  okres  międzywojnia, ale również  siedzibą  młodego  Adama  Mickiewicza.
Kowno ( po litewsku  Kaunas ) wita  nas  pochmurną, wietrzną  pogodą,  ale to wcale nie  studzi  naszego  zapału  do  zwiedzania.  Na  plan  pierwszy  wybija  się  wspaniały  średniowieczny  zamek-  znak,  że  gród  ten kiedyś  pełnił  ważną  funkcję  obronną.
Nieopodal – zdewastowany  za  czasów  radzieckich  gotycki  kościół.  Odarte  z  wszelkiego  wystroju  wnętrze  pokazuje dobitnie  na  czym  polegała  różnica  w  byciu  republiką  a  krajem  satelickim ZSRR.
Przechodzimy  następnie  w  stronę  ratusza. Przystając  na  rynku  kowieńskim  wzrokiem  odnajdujemy  okno  pokoiku,  w którym  pomieszkiwał  ongiś  młody Mickiewicz  i urozmaicał   sobie  nudę  życia  w małym  miasteczku  towarzystwem  pani  Kowalskiej. Kim  była  owa  dama pozostawmy  dociekliwości   naszych czytelników.
Udajemy się  pod  kościół, którego  fundatorem  jest  sam  Witold. Jest to jedna  z  dziesięciu  świątyń,  wybudowana  jako  wotum  dziękczynne  za  uleczenie  z  ran  poniesionych  przez  niego  w walkach. W tym  miejscu trzeba  zaznaczyć, że  Litwa  w  większości była  i jest  katolicka.
Przejeżdżamy  następnie  do  Szydłowa,  kolejnego  sanktuarium,  gdzie  wysłuchujemy  mszy  św. Tak jak za pierwszym razem, liturgię  urozmaicał  nam śpiew naszej młodzieży przy akompaniamencie gitary .
Dalej, następny ważny  w  Roku  Powstania Styczniowego  przystanek  na  naszym  szlaku : Góra  Krzyży  nieopodal miejscowości Szawle,  na ziemi  żmudzkiej.  Z oddali  nie  widać  jej  prawdziwych  rozmiarów i  ilości  krzyży. Czym bliżej, krzyże  rosną i  rozdzielają  się   niczym  alejki  w  gęstym, splątanym  starodrzewiu. I znów,  w najlepszej  zgodzie,  stoją  sobie te  litewskie i te polskie, prawosławne i łacińskie,  z różnych  dalszych i bliższych  zakątków  świata. Spotykamy  nawet  Gwiazdę  Dawida,  co  na  Górze  Krzyży  rzeczywiście  jest  czymś  wyjątkowym…
Historia  tego  miejsca sięga aż  Powstania  Listopadowego. W czasach, gdy nie można  było  czcić  poległych  za  niepodległość  poddanych  cara, ludzie  „wzięli  się  na  sposób|” i  zaczęli  tu  upamiętniać  swoich  bliskich.  Miejsce to odwiedził i modlił się w nim Nasz Papież, a liczni  pielgrzymi pozostawiają tu nadal swe  wota,  więc my także  „zasadziliśmy”  swój własny, staniątecki krzyż.
Odjeżdżamy już  w stronę  Wilna ( Vilnius), a w drodze  Pani Agnieszka  Janas  postanowiła   sprawdzić naszą  wiedzę  o Wieszczu, skoro już  los  rzucił  nas na ten  mickiewiczowski szlak.
Trzy pierwsze miejsca uhonorowane  zostaną  specjalną  nagrodą  Księdza  |Proboszcza w postaci  najlepszej  ponoć kawy w całym Wilnie. Ale my i tak wiemy, że „ takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju”.
Gdy jesteśmy  na  miejscu, jest już wieczór więc udajemy się do  naszego  hotelu. Potem późny obiad na mieście i spoczynek, bo jutro czeka na nas moc wrażeń.
Dzień trzeci wita nas piękną pogodą, choć północny  wiatr  nie daje za wygraną. Po wspaniałym litewskim śniadaniu,  razem z  naszą  Przewodniczką po wileńskiej starówce, Panią Grażynką, udajemy  się  na Antokol.
Wchodzimy do wnętrza kościoła   p.w. św. Piotra i Pawła, którego  fundatorem  jest  Hetman Michał Pac. Pani Grażyna, rodowita Polka mieszkająca na Litwie, mówiąca  z  charakterystycznym kresowym  zaśpiewem,  okrągłym „o” i zmiękczonym „ł”,  jest sama niezwykłym  „zabytkiem”- zabytkiem językowym. Przepiękny wystrój  świątyni przetrwał  wszystkie zawieruchy właściwie tylko dzięki stiukowi – pyłowi marmurowemu zmieszanemu  z  gipsem.
W ogóle stare Wilno  charakterem  przypomina Kraków. Nic dziwnego, skoro sprowadzono  tutaj  krakowskich  architektów i rzemieślników. To, co najbardziej różni te dwie stolice dawnej Rzeczpospolitej, to liczne cerkwie i zbory protestanckie a nawet meczet. I tu odsłania się przed nami klimat miasta – tutaj spotykał się wschód z zachodem, przenikały  się  kultury i  religie, ludność  posiadła  umiejętność  życia w twórczej symbiozie.
Nic dziwnego, że  miejsce to działało  na  wyobraźnię  wielkich poetów : to tutaj  rodził  się nie tylko polski romantyzm, ale także ten litewski. Stajemy przed domem Słowackiego, oglądamy przedmioty należące do Adama Mickiewicza, nawiedzamy  celę Konrada i z trudem do nas dociera, że to przecież tutaj miały  miejsce te wszystkie ważne wydarzenia związane z naszą narodową poezją. Nasi Wieszczowie są bardzo cenieni tu, na Litwie. Świadczą o tym tablice w dwu językach : polskim i litewskim.
Wędrujemy przez urokliwe wąskie uliczki, podziwiamy wschodni przepych prawosławnych świątyń, kompleks Uniwersytetu Stefana Batorego, niezapomnianą panoramę z Góry Trzech Krzyży, próbujemy miejscowych blinów i wyrobów cukierniczych. I moglibyśmy tak wędrować bez końca, lecz zbliża  się  godzina odwiedzin u Tej, do której modlą się jednakowo  katolicy i prawosławni – u Matki |Ostrobramskiej. Mamy ten wyjątkowy zaszczyt uczestniczyć we mszy św. w Jej Kaplicy nad Ostrą Bramą.
We wnętrzu  tonącym  w dziękczynnych wotach odśpiewujemy  hymn do Matki |Bożej Królowej Polski.
Co bardziej wytrwali z nas odnajdują na ścianie kaplicy tę jedną szczególną tabliczkę : „ Dzięki Ci Matko za Wilno”.
Powracamy do hotelu pełni wrażeń, z góry ciesząc się na kolejny dzień zwiedzania tego szczególnego dla nas miasta.
Ranek schodzi nam na pakowaniu bagaży, śniadaniu i wesołych rozmowach. Ulokowani
w autokarze, we wspaniałych nastrojach i przy pięknym słońcu zakłócanym jedynie lekkim wietrzykiem, żegnamy nasz wygodny hotel i przejeżdżamy do miejsca związanego z siostrą Faustyną Kowalską. Najpierw, msza św. w sanktuarium Miłosierdzia Bożego. To właśnie tutaj
w ołtarzu głównym znajduje  się  pierwszy wizerunek Miłosierdzia Bożego. Dziś nawiedzamy także dom  bł. księdza  Sopoćko oraz domek, w którym mieszkała siostra Faustyna.
Dalej, udajemy się do Katedry św. Stanisława i św. Władysława. Tam, szczególnie interesuje nas kaplica św. Kazimierza Królewicza. Całkiem niedawno, przy okazji prac remontowych, kaplica odsłoniła swoją tajemnicę – znajdują się tu prochy koronowanych głów, min. Barbary Radziwiłłówny.
Przejeżdżamy na Cmentarz na Rossie. Podchodzimy do marmurowego nagrobka, okrytego wiązankami. „Matka i serce syna”. Tylko tyle, ale wystarczająco dużo. Dalej, podchodzimy
do kolejnych mogił zasłużonych Polaków, jak Lelewel i szereg profesorów wileńskich. Najpiękniejsza rzeźba na Rossie- czarny anioł – to symbol tego miejsca.
Ponieważ czas nam na to pozwala, „porywamy” Panią Grażynkę, aby oprowadziła nas po zamku średniowiecznym w Trokach ( Trakai) , oddalonych 28 km  od stolicy. Właśnie tam mieściła się pierwsza siedziba książąt litewskich. Twierdza, zbudowana na modłę zamków krzyżackich, długo opierała się najazdom. Zniszczona przez wojsko moskiewskie, podniesiona z ruin, góruje nad miastem, będącym jednocześnie stolicą Karaimów, ludu pochodzenia tureckiego, uznającego Stary Testament, sprowadzonych  przez Witolda do ochrony rubieży.
Próbujemy kibinów ( narodowa potrawa karaimska ) prosto z pieca, a niektórzy kosztują także  słynnej nalewki  na ziołach…
Żegnamy Panią Grażynę i ruszamy w drogę powrotną, do naszego dworku w Hołmach.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, słońce już się chyli ku zachodowi. Na dzisiejszy wieczór organizujemy ognisko „pożegnalne”. Grzejąca się w cieple płomieni, grupa jest już dość  dobrze „zintegrowana”, więc nic dziwnego, że co chwilę ktoś wybucha śmiechem. I w tej scenerii, w mroku,  na tle jeziora, oświetlona tylko blaskiem ognia, Pani Stasia, niczym Wernyhora, zaczyna głosem wieszczki deklamować „Inwokację”. Do niej dołączają pozostali, płynnie przechodząc od „Pana Tadeusza” do „Dziadów”. Swoisty sposób uczenia Poety…
Żegnamy się pieśnią „ Zapada zmrok” i rozchodzimy do pokoi. Jutro przed nami długa droga.
Ranek wita nas słońcem i żalem, że to już prawie koniec naszego „zajazdu”.  Dziś jeszcze ważne miejsce przed nami – Sokółka- od niedawna miejsce kultu. Gdy tam podjeżdżamy, nie napotykamy wielkiego tłumu. W kaplicy, w specjalnym relikwiarzu, wystawiono skrwawioną Hostię. Cud ten, drugi na ziemi polskiej, jest jeszcze słabo znany w kraju, a przecież jest to wydarzenie wyjątkowe…
Ruszamy w dalszą trasę, bo droga daleka. Mamy opóźnienie, więc już tylko z okien autokaru oglądamy kolejne miejsce kultu – Świętą Wodę.
Droga ucieka spod kół, wspominamy tę niezwykłą wyprawę do przeszłości i popadamy w zadumę, bo właściwie wracamy z Polski do Polski….

 Tekst: Dorota Hytroś